Pasje i zainteresowania

Z PASJAMI JEST JAK Z CEBULĄ I OGRAMI – MAJĄ WARSTWY

Problem z pasjami polega na tym, że trudno jest o nich zapomnieć. Tym bardziej, jeżeli obszar potencjalnych zainteresowań jest szeroki – i obejmuje rozmaite dziedziny. Życie bez pasji i namiętności jest nieciekawe i monotonne. Nie wiem, nie znam tego stanu. Lubię być zaangażowany w realizację hobby – wchodzę w to całym sobą. Oto kilka „zajawek”, które na różnym etapie życia były dla mnie istotne.

Canicross & TrailRunning

 

 

Jedna z pasji, do których prędzej czy później wrócę. Dawniej sporo biegałem, przełomem był tydzień, w którym (niedziela-niedziela) przebiegłem dwa maratony: Orlen Marathon w Warszawie oraz Cracovia Marathon w Krakowie… zdając sobie sprawę z tego, że potrzebuję odmiany biegowej. Oto mój były „personalny trener” – pies rasy Siberian Husky, o imieniu Pandora. Rywalizacja biegowa między mną a czworonogiem – albo ja zmęczę psa, albo pies mnie – dawała obopólne korzyści: pies był solidnie „wybiegany”… a ja miałem dodatkowy bodziec do monotonnego treningu.

Psy rasy siberian husky potrzebują długich wybiegań – nasz kilometraż szybko się zwiększał; potrafiliśmy dobić do maratonu, zdarzały się (wspólne) dłuższe dystanse niż magiczne 42 kilometry.

 
 
Startowaliśmy w profesjonalnych zawodach biegowych, także międzynarodowych – na dystansach od 5 kilometrów do maratonu. Ja+pies, w tandemie jako Canicross Runners. Z technicznego punktu widzenia: Pandora była „przypięta” do mnie specjalną uprzężą i smyczą z absorberem.
 
Szybko uznaliśmy, że bieganie po asfalcie jest nudne. Stąd się wzięło bieganie w terenie. A od tego już niedaleka droga do biegania w górach… i pod górę. Te wszystkie magiczne nazwy: skyrunning, bieg anglosaski, ultra, trailrunning. Najdłuższą imprezą biegową (w 2012 r.) był Bieg 7 Dolin – ultramaraton rozgrywany w Beskidach na dystansie 100 kilometrów. Nie było nudno – suma przewyższeń w górę: 4500 metrów, suma zbiegów: 4500 metrów.
 
Zdarzały się także imprezy biegowe, gdzie nie mogłem startować z psem – na przykład Bieg Ultra Granią Tatr, czyli ponad 70 kilometrów po najwyższych polskich górach. W moim prywatnym rankingu to jeden z najlepszych biegów, w jakich kiedykolwiek brałem udział. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie…
 
 
 
Aktualnie? Treningi canicross odłożone są na półkę. Czekają na restart.  
 
 

 

 

Aktywność górska i trekkingowa

 

 

 

Wspinaczka i góry. Synonim kobiety: pięknej, ale niebezpiecznej. Kuszącej swoimi powabami, lecz niekiedy ciągnącej w otchłań. Kapryśne i wymagające – ale umiejące uwolnić zasoby szczęścia i endorfin w nieprawdopodobnych ilościach. Poświęciłem górom – w rozmaitej formie – sporo czasu w moim życiu; uzbierałoby się (z przerwami) kilkanaście lat. Zabrały mi sporo przyjaciół, dużo zdrowia i nerwów… w zamian zyskałem rzeczy niepoliczalne.

Góry, te niskie i te nieco wyższe, stanowią nieodłączną część mojego życia. Przez blisko 7 lat półzawodowo zajmowałem się tematyką górską: jako eksplorator, organizator, dziennikarz. Byłem przysypany przez lawinę w Alpach, odmrożony przez ekstremalne temperatury i wiatr, zostawiony na łaskę losu i żywiołów. Poprzez wyjazdy eksploracyjne i trekkingowe w różne części świata, nabyłem umiejętności radzenia sobie w (prawie) każdym terenie górskim i w (prawie) każdych okolicznościach.

Wiem, czym jest euforia związana z osiągnięciem celu; znam też gorzki smak klęski. Otarłem się kilka razy o śmierć, na zawsze w górach zostało paru moich przyjaciół

 

 

Ważniejsze zdobyte szczyty:
  • Muztagh Ata, 7546 m n.p.m. (Pamir Wschodni, Chiny);
  • Aconcagua, 6962 m n.p.m. (Andy, Argentyna);
  • Elbrus, 5642 m n.p.m. (Kaukaz, Rosja);
  • Mont Blanc, 4808 m n.p.m. (Alpy, Francja);
  • Dufourspitze, 4634 m n.p.m. (Alpy, Szwajcaria);
  • Mount Rainier, 4392 m n.p.m. (Góry Kaskadowe, USA);
Ważniejsze odbyte i zorganizowane wyprawy:
  • TransSiberia, 1999 r.
  • Ekspedycja SouthAmerica, 2000 r.
  • Korona Gór Polski „28w21”, 2001 r.
  • Pamir, 2002 r.
  • Elbrus, 2004 r.
  • European Summits Project 2007-2008 r.
  • Delikatne Dotknięcie Azji, 2008 r.

 

Inne doświadczenie górsko – wyprawowe:
  • jestem pierwszym zdobywcą Korony Gór Polski w trakcie jednej wyprawy (2001 r.);
  • w ramach European Summit Project i innych ciągu ostatnich kilku lat zdobyłem najwyższe szczyty takich krajów jak: Finlandia, Norwegia, Szwecja, Słowenia, Francja, Irlandia, Szkocja, Chile, Rosja, Szwajcaria, Australia, Słowacja, Austria, Ukraina, Argentyna, Polska, Czechy, Mołdawia, Grecja, Litwa, Łotwa, Estonia, Belgia, Holandia, Luksemburg, Węgry;
  • poczynając od 1995 roku, w ciągu kilkunastu lat dokonałem szeregu przejść tras trekkingowych i turystycznych na Grenlandii (Arctic Circle Trail), w Pirenejach (Haute Randonnée Pyrénéenne), na Korsyce (GR20), w Szkocji (Munro’s), Skandynawii (Haltiatunturi Border), na Kaukazie (Kazbek), a także w Alpach, Andach, Tatrach i innych górskich rejonach świata;
  • wspólnie z partnerami na przestrzeni kilkunastu lat (od 1997 roku) zorganizowałem i zrealizowałem szereg wypraw trekkingowych do ponad 30 państw świata;

 

  
 

Studio nagrań

 

 

To historia z małą brodą. Na początku była… potrzeba. Taka, która miała na imię → MIEJSCE. Dziupla, mająca spełniać dwojaką rolę: pomieścić muzykujących „krewnych i znajomych królika” na mocno nieformalnych spotkaniach – oraz umożliwić realizację pasji słuchania, tworzenia, edycji i dzielenia się muzyką.
 
I jak to zazwyczaj bywa, pomógł łut szczęścia, którym było zderzenie się z inną potrzebą. A raczej prośbą mojego przyjaciela, któremu podobny pomysł od pewnego czasu chodził po głowie. Tak zaczęła się szalona przygoda, tym bardziej nietypowa, bo realizowana na wysokości 1300 metrów. Początki nie były łatwe… 
 

 

Plany były umiarkowanie ambitne. Wyszliśmy z założenia, że robiąc coś, wkładamy w to nasze emocje. Poprzeczkę ustawiliśmy na stabilnym dla nas poziomie: wszystko chcieliśmy zrobić osobiścieI tak się właśnie stało – pierwsze wizualizacje, obliczenia, burze mózgów. Od etapu planowania, testów, poprzez prace budowlane, techniczne, wyposażenie, design, skończywszy na sprzęcie, pozyskaniu instrumentów i konfiguracji software. Całość własnym sumptem…
 
 

 

Efektem wszystkich prac było studio nagrań – spełniające wcześniej przyjęte założenia. W myśl zasady, że trzeba czerpać jak najwięcej ze sprawdzonych rozwiązań… ale i poszukiwać własnych. Wypadkowa naszych poszukiwań prezentowała się następująco: 
 

 

Co nam dawało Audio Studio? W dużym skrócie: mnóstwo radości! :) To miejsce, gdzie mogliśmy się wyżywać i realizować. Dysponowaliśmy możliwością rejestrowania wielośladowego (a co za tym idzie nagrywania „na setkę”), jak również opcją miksowania materiału przez inne zewnętrzne urządzenia (hardware). Wygłuszenie całości – w tym przypadku panele Apama Acoustic – oraz przygotowanie soniczno-akustyczne pomieszczenia (pułapki basowe, rozpraszacze) dawało interesujące możliwości do… SŁUCHANIA MUZYKI. Tak po prostu. Dla siebie, a także dla znajomych, mogliśmy między innymi:

  • zrealizować nagranie;
  • nagrać demo, singiel, lektora, płytę;
  • wyprodukować w zasadzie każdy możliwy podkład dźwiękowy;
  • zrobić mix i mastering materiału audio;
  • pobawić się w karaoke na naprawdę wysokim poziomie :)

 

Jaki sprzęt wstawiliśmy do środka? Aphex, Eventide, Line6, interfejsy M-Audio, mikrofony Beyerdynamics, Sennheiser, Shure – to tylko początek listy. Odsłuchy na sprzęcie Marantza plus norweski Electrocompaniet. Paczka Marshalla. Kultowa Mesa Boogie (Single Rectifier 24/h, a niekiedy Roadking). Odrębnym tematem są gitary: od egzemplarza używanego kiedyś przez Grzegorza Skawińskiego, poprzez customowego Fendera, skończywszy na gitarze, którą wyprodukował mój przyjaciel, parający się również lutnictwem.

 

 

Projekt obecnie jest w fazie zawieszenia. Wciąż dochodzą nowe pomysły, poprawki, zmiany, idee na sprzęt (perkusja i stół montażowy).  I tak zapewne będzie cały czas – w końcu na tym polega hobby… 

 

Vintage audio, Marantz, muzyka

 

 

 

 

Złote lata HiFi. Mityczny okres lat siedemdziesiątych. Czasy, kiedy o cyfrowej reprodukcji dźwięku jeszcze nie myślano. Sprzęt audio produkowano z pasją, a brzmienie i wygląd nie były efektem kompromisu księgowo-ekonomicznego, lecz stanowiły urzeczywistnienie założeń projektantów. Dziś, w epoce muzyki wielokanałowej, punktowego basu, dźwięku detalicznego, naturalnego i realistycznego – słuchanie nagrań na ówczesnym sprzęcie ociera się o magię.
 
Nagle słychać charakterystyczne ciepło, w muzyce pojawiają się niesłyszane wcześniej emocje i smaczki, a endorfiny rozlewające się po całym ciele są dowodem na to, że tak właśnie powinna brzmieć muzyka, dająca przyjemność związaną z obcowaniem ze sztuką. Co więcej, budowa i wygląd sprzętu ewidentnie poprawiającą humor – wskaźniki wychyłowe, szczotkowane aluminium, drewniane wykończenia. To elektroniczne dzieła sztuki. Witamy w świecie VINTAGE AUDIO
 

 

 
 

 

Ponoć o gustach się nie dyskutuje, więc tylko dla porządku dodam, iż dla mnie król jest jeden: Marantz z serii niebieskiej. To kwintesencja wszystkich wyżej wymienionych zalet. Wygląd, brzmienie – całość w idealnej harmonii. Nie negując faktu istnienia firm audio bardziej niszowych / prestiżowych / Hi-Endowych, stwierdzam że moja miłość do Marantza z lat 70 jest stabilna i trwała, mająca stałe podstawy. A ceny niektórych odrestaurowanych urządzeń Marantz na rynku wtórnym – aukcje, kolekcje – pokazują, iż nie jestem w swoim uczuciu osamotniony. 
 

 

 

Dysponując wolnym czasem, staram się pozyskiwać owe cudeńka, aby cieszyć nimi ucho i oko – przywracając je do pierwotnego stanu. Przez moje ręce przewinęło się sporo egzemplarzy; charakterystyczne podświetlenie wskaźników wychyłowych Marantza wciąż wzbudza we mnie emocje. Dolewając oliwy do ognia, niekiedy staram się przywrócić do nowego życia „martwe” urządzenia – budując własnoręcznie serwery audio-video HTPC.
 
To połączenie chassis vintage Marantz z najnowocześniejszymi komponentami multimedialnymi. Efektem są urządzenia, które z zewnątrz niczym nie różnią się od oryginalnych, natomiast w środku naszpikowane są technologią: napęd Blu-ray, szybkie dyski, procesor, pamięć. Przykład takiej „zabawy”? Poniżej: 
 

  

Zegarki, zdjęcia, inne pasje

 

 
Ktoś kiedyś napisał: „Są różni: milczący, wygadani, flegmatyczni, sceptyczni, pełni życia, radośni, dziecinni, rozrywkowi… Dzielą ich: kilometry, poglądy, wiek, kolor oczu, wzrost, numer buta, płeć, muzyka. A wszystkich łączy jedna dama. Piękna i elokwentna dama o oczach koloru tęczy. Na imię ma Pasja.” W moim przypadku, owa dama ma jeszcze kilka koleżanek.
 
Kolekcjonuję zatem nietypowe zegarki mechaniczne vintage – takie jak złoty Longines, odnaleziony w nowojorskim antykwariacie albo odrestaurowana Omega z lat 30 XX wieku. Cenię sobie zegarek manufaktury Breitling, który otrzymałem od szwajcarskiego jubilera w podziękowaniu za uratowanie go w górach – a także czasomierz, będący kiedyś własnością Jurka Owsiaka (a wcześniej Stefanii Grodzieńskiej), który zawitał do mnie z aukcji fundacji Anny Dymnej. Każdy z zegarków opowiada swoją własną historię, każdy z przyjemnością zakładam na nadgarstek.
 

 

—————————— 

 

Lubię również złapać w kadr aparatu coś, co zwróciło moją uwagę. Zdjęcia robię dla siebie – tak, aby uchwycić daną chwilę. I nie jest dla mnie ważne, czy zdjęcie jest ziarniste, rozmyte, zrobione lustrzanką czy telefonem komórkowym. Ono ma opowiadać historię – być tym ogniwem, które uruchamia wyobraźnię, powodując powrót wspomnień o ludziach, miejscach, zdarzeniach. I znów można wszystko przeżywać, stojąc z boku. Bo przecież fotografowanie to w gruncie rzeczy akt nieinterwencji.